Niedokończone projekty jako cmentarz inspiracji

Jeśli produkujesz muzykę dłużej niż chwilę, to prawdopodobnie masz gdzieś na dysku folder, do którego zaglądasz rzadko – a jeśli już, to raczej z mieszanką ciekawości i lekkiego dyskomfortu. Dziesiątki, czasem setki projektów, pętle, szkice, niedokończone aranże, „prawie gotowe” tracki. Każdy z nich kiedyś miał potencjał, każdy zaczynał się od iskry, a potem coś zapał zgasiło i pozostał tylko dym.

A dziś? Dla wielu producentów to właśnie coś w rodzaju cmentarza inspiracji.

To określenie nie jest przypadkowe. Bo te projekty nie są martwe w sensie dosłownym – one nadal istnieją, nadal można je otworzyć, coś z nich wyciągnąć i póki nie znikną w śmietniku póty ich dusza będzie czekała na nowe ciało. Te projekty emocjonalnie często są „zamknięte”.

To bezpośrednio łączy się z tym, o czym była mowa wcześniej<link do artykułu> – o nieskończonych poprawkach i braku granic. Bo bardzo często te „porzucone” projekty wcale nie zostały odłożone dlatego, że nie było pomysłu. Zostały odłożone, bo ugrzęzły w procesie. Za dużo opcji, za mało decyzji, za dużo analizowania. Moment, w którym energia twórcza była najwyższa, minął – a potem został już tylko ciężar dopracowywania. Ciężar, którego fundament emocji i wartości uległ erozji.

Paradoks polega na tym, że początek projektu jest zazwyczaj najczystszy.

Intuicyjny, szybki, bez nadmiernej kontroli. Wchodzisz w flow niesiony pomysłem, decyzje podejmują się same, a wszystko wydaje się naturalne, bo w pełni zgodne z tym co właśnie czujesz. Ale im dalej, tym częściej wchodzi głowa: czy to jest wystarczająco dobre? Czy to brzmi profesjonalnie? Czy ktoś to w ogóle będzie chciał słuchać? I nagle zamiast tworzyć , to zaczynasz oceniać. Dajesz noty czemuś, co nadal jest szkicem i pomysłem bez finalnego szlifu. To jak ocenianie koloru ścian przed ich pomalowaniem.

Dlatego tak wiele projektów zatrzymuje się w półdrogi.

Batery4
Fot. BliskoZera

Nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że przestają być „bezpieczne”. Dopóki coś jest szkicem, dopóty nie podlega realnej ocenie. Możesz wierzyć, że „to ma potencjał”. Ale w momencie, kiedy zaczynasz kończyć, miksować, dopinać – musisz się skonfrontować z rzeczywistością. I to jest moment, w którym wiele osób odpuszcza, często nawet nieświadomie.

Z czasem ten proces się kumuluje. Każdy niedokończony projekt to mikro-decyzja o odpuszczeniu. I im więcej ich masz, tym trudniej zacząć kolejny z czystą głową. Powiem więcej, im bardziej pula nieskończonych projektów rośnie, tym bardziej Twoje doświadczenie maleje. W ten sposób folder z projektami przestaje być biblioteką pomysłów, a zaczyna być archiwum niedomkniętych historii czekających na happy end.

Tylko że można na to spojrzeć inaczej.

Ten „cmentarz” to w rzeczywistości zapis Twojej kreatywności. Ilości pomysłów, kierunków, eksperymentów, uczuć, emocji, zdarzeń i wydarzeń, które dotyczą Ciebie bezpośrednio. Problemem nie jest to, że masz niedokończone projekty. Problemem jest brak systemu, który pozwala je domykać – albo świadomie odpuszczać.

Jednym z najważniejszych kroków jest rozróżnienie: co jest szkicem, a co projektem do skończenia. Nie każdy pomysł musi stać się pełnym utworem. I to jest okej. Można by nawet rzec, że to jest pożądane, ponieważ nie chodzi o to, aby realizować każdy pomysł, chodzi o to, aby być kreatywnym artystą.  Jeśli zaczynasz traktować każdy loop jak zobowiązanie, bardzo szybko się zablokujesz i zarzucisz głowę dołującymi myślami. Lepiej przyjąć, że część rzeczy to po prostu „rozgrzewka” przed czymś większym– miejsce na testowanie brzmień, układanie groove’u, łapanie vibe’u. One nie muszą być kończone.

Ale jeśli już decydujesz: „to idzie dalej”, wtedy wracamy do granic.

Okładka albumu WHO
Fot. BliskoZera

Określ ramy. Ile czasu? Ile wersji? Kiedy koniec? Bez tego każdy projekt ma potencjał, żeby trafić do tego samego folderu co reszta.

Pomaga też zmiana relacji z tymi starymi plikami. Zamiast patrzeć na nie jak na porażki, potraktuj je jak bank materiału. Możesz wyciągnąć z nich pojedyncze elementy – melodię, perkusję, teksturę, nawet jeden dźwięk. Bo ten pomysł miał w sobie coś wyjątkowego, nawet jeżeli zostało to obudowane nie do końca trafnie, to ten wyjątkowy punkt nadal tam tkwi. Nie musisz „ratować” całego projektu, żeby coś z niego wykorzystać. Czasem jeden fragment może stać się początkiem czegoś nowego – już na Twoim aktualnym poziomie.

Warto też od czasu do czasu zrobić selekcję.

Brutalną selekcję, ale oczyszczającą. Czasami, aby nasza głowa mogła odetchnąć od presji tworzenia warto poświęcić jeden wieczór na pracę mniej wymagającą, przejść przez stare projekty i podjąć decyzję: zostaje jako inspiracja, idzie do recyklingu, albo usuwam. Nie wszystko musi być zachowane. Trzymanie wszystkiego „na wszelki wypadek” tylko zwiększa chaos i poczucie przytłoczenia. Twoje miejsce na dysku jest równie cenne co miejsce w głowie. Nie zaśmiecaj go czymś, co trzy razy usłyszało NIE.

I najważniejsze – wracamy do sedna

Kończenie jest umiejętnością, nie efektem ubocznym. Jeśli jej nie trenujesz, nie pojawi się sama. Możesz mieć setki świetnych pomysłów, ale to te skończone budują twoją tożsamość jako producenta. To one wychodzą w świat, zbierają feedback, uczą cię najwięcej.

„Cmentarz inspiracji” nie musi być miejscem, które cię blokuje. Może być archiwum drogi, jaką przeszedłeś. Ale żeby tak było, potrzebujesz jednej rzeczy: decyzji, że nie wszystko musi być idealne – ale coś musi być skończone.

Jedna odpowiedź na “Niedokończone projekty jako cmentarz inspiracji”

  1. […] Przeczytaj także: Niedokończone projekty jako cmentarz inspiracji […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *